
Wstęp do świata technologii bywa dziś przedstawiany jako prosta, usłana różami droga do sukcesu finansowego i zawodowego. Wokół branży IT narosło mnóstwo mitów, podsycanych przez nagłówki w mediach społecznościowych i wyidealizowane obrazki rodem z Doliny Krzemowej. Jednak rzeczywistość rynkowa w 2026 roku stawia przed nami zupełnie nowe wyzwania. Odczuwamy skutki fali automatyzacji, transformacji związanej ze sztuczną inteligencją oraz zmieniającej się dynamiki pracy.
Aby zedrzeć tę warstwę marketingowego lukru i spojrzeć na branżę w sposób maksymalnie autentyczny, zaprosiłem do rozmowy Natalią Kierczuk, znaną w sieci jako autorka profilu „IT bez kodu”. Natalia to doświadczona specjalistka balansująca na pograniczu analizy biznesowej oraz zarządzania produktem. W tej niezwykle szczerej i momentami bezwzględnie pragmatycznej rozmowie rozkładamy na czynniki pierwsze zawód analityka, przyglądamy się zakulisowej presji psychicznej w korporacjach, analizujemy rzeczywisty wpływ AI na naszą produktywność oraz rozmawiamy o tym, dlaczego powrót do tradycyjnego papierowego zeszytu może okazać się ratunkiem dla naszych przebodźcowanych mózgów.
Krajobraz współczesnego IT: Między lękiem przed AI a rzeczywistością rynkową
Kajo: Chciałbym zacząć od pytania o Twoje ogólne samopoczucie, kiedy patrzysz na dzisiejszy świat IT i na swoją codzienną pracę . Czy towarzyszy Ci myśl, że wszystko zmierza w dobrą stronę, czy wręcz przeciwnie – czujesz, że będzie coraz gorzej? A może stoisz na stanowisku, że w obecnej dynamice nikt nie jest w stanie przewidzieć przyszłości ?
Natalia: Odpowiadając zupełnie szczerze: ostatnio zaczynam odczuwać coraz większy niepokój. Jeszcze kilka lat temu ten stan był mi całkowicie obcy; czułam pełen komfort i stabilizację . Wszystko zaczęło się gwałtownie zmieniać, gdy do powszechnego użytku weszło AI, wywołując serię bardzo specyficznych i niespokojnych ruchów w całej branży technologicznej. Dzisiaj mój poranek często wygląda tak, że otwieram telefon, zaczynam scrollować wiadomości i media społecznościowe, a tam z każdej strony uderzają we mnie nagłówki: zwolnienia tutaj, redukcje etatów tam. To po prostu zaczyna na człowieka negatywnie wpływać, budząc podskórne poczucie zagrożenia.
Kajo: To całkowicie zrozumiałe. Trudno ignorować te sygnały, zwłaszcza kiedy dotyczą środowiska, w którym funkcjonujesz na co dzień. Jak sobie radzisz z tym natłokiem negatywnych informacji?
Natalia: W pewnym momencie włącza się we mnie pragmatyzm. Myślę sobie: „Natalia, przecież ty i tak zawsze sobie poradzisz”. Wychodzę z założenia, że jeśli z jakiegoś powodu zabraknie dla mnie miejsca w IT, na rynku istnieje mnóstwo innych branż, w których można z powodzeniem wykorzystać swoje kompetencje . Nie należę do osób, które zakładają, że będą pracować w technologiach do końca życia, bo nikt z nas nie wie, co przyniosą kolejne lata. Co więcej, nawet jeśli z powodu sztucznej inteligencji straciłabym obecne zatrudnienie, i tak podjęłabym próbę ponownego wejścia do IT. Uważam bowiem, że akurat specyfika pracy analityka biznesowego nie jest tak łatwo zastępowalna przez algorytmy. Rynek będzie ewoluował w stronę zapotrzebowania na ludzi, którzy potrafią sprawnie posługiwać się AI w procesie analizy czy podczas szeroko pojętego tworzenia produktów. Całkowite zastąpienie człowieka w tej roli to wciąż pieśń odległej przyszłości.
Kajo: Bardzo dziękuję Ci za tę szczerość. Moje obserwacje są podobne. Ta rzekoma natychmiastowa zastępowalność ludzi przez maszyny bywa mocno przesadzona, choć nie da się ukryć, że nastroje na rynku są dziś trudne – zwłaszcza jeśli spojrzymy na sytuację juniorów i osób, które dopiero próbują postawić w tym świecie swoje pierwsze kroki . Jakkolwiek byśmy tego nie zakrzywiali, wejście do branży jest teraz bezporównywalnie trudniejsze niż jeszcze kilka lat temu. Z drugiej strony, kiedy patrzę na osoby, które przebranżawiają się z sektora ciężkiej pracy fizycznej, dochodzę do wniosku, że my w IT i tak funkcjonujemy w niezwykle komfortowych i bezpiecznych warunkach, o czym w codziennym pędzie łatwo zapominamy.
Kim właściwie jest analityk biznesowy? Tłumacz na linii biznes-technologia
Kajo: Wspomniałaś o roli analityka biznesowego – obszarze, w którym, mówiąc potocznie, zjadłaś zęby. Gdybyś miała podjąć próbę zdefiniowania tego zawodu osobie całkowicie postronnej, w kilku prostych słowach podsumować, co taki analityk właściwie próbuje każdego dnia osiągnąć ? Wiadomo, że masz za sobą mnóstwo różnorodnych doświadczeń, współpracę z wieloma klientami i skrajnie odmienne stanowiska, gdzie uniwersalną odpowiedzią jest zawsze „to zależy”. Jak brzmi Twoje esencjonalne podsumowanie?
Natalia: Patrząc na moją dotychczasową karierę, cechą i umiejętnością, która przydała mi się najbardziej, jest zdolność do skutecznego dogadywania ze sobą ludzi. Analityk biznesowy to w gruncie rzeczy osoba, która spaja dwa zupełnie odmienne kosmosy. Z jednej strony mamy świat biznesu – całkowicie nietechniczny, posługujący się językiem korzyści, który przychodzi i mówi: „Chcemy mieć to, tamto i jeszcze tamto”. Z drugiej strony stoi świat techniczny, czyli deweloperzy, którzy słuchając tych życzeń, łapią się za głowy i pukają w czoło, zastanawiając się, co ten biznes znowu bezsensownego wymyślił. W przestrzeni internetowej krąży takie popularne sformułowanie, że analityk biznesowy jest tłumaczem pomiędzy biznesem a technologią. Podpisuję się pod tym obiema rękami, bo to jest absolutne clue tego zawodu: dogłębnie zrozumieć realną potrzebę biznesową, a następnie przełożyć ją na precyzyjny język zrozumiały dla programistów .
Kajo: To fascynujące, bo zderzam się z tym konceptem regularnie. Przed naszym spotkaniem zacząłem się jednak głębiej nad tym zastanawiać i zrodziło się we mnie dość fundamentalne pytanie: dlaczego te dwa światy w ogóle potrzebują zewnętrznego tłumacza? Mówimy przecież o wysokiej klasy specjalistach, dorosłych, inteligentnych profesjonalistach z jednej i drugiej dziedziny. Czy oni naprawdę nie potrafią usiąść przy jednym stole i porozumieć się bez pośrednika?
Natalia: Potrafią, ale diabeł tkwi w szczegółach oraz w kosztach. Historycznie rzecz biorąc, stawki deweloperów były i niezmiennie pozostają bardzo wysokie. Angażowanie ich w wielogodzinne, nieustrukturyzowane dyskusje z biznesem jest po prostu nieekonomiczne. Ponadto, nie chcąc generalizować, środowisko deweloperskie cechuje się bardzo specyficzną wrażliwością i podejściem do komunikacji, choć na przestrzeni lat, odkąd pracuję w IT, mocno się to zmienia . Kiedy zaczynałam swoją drogę, był to świat wybitnie męski, zdominowany przez introwertyków, osoby z natury mniej towarzyskie i stroniące od Small talku . Tutaj umiejętności miękkie analityka okazują się kluczem do sukcesu.
Główny problem polega na tym, że gdy zapraszałam programistów na zbyt wczesnym etapie analizy do bezpośrednich rozmów z biznesem, niemal natychmiast wchodzili oni w głębokie detale techniczne. Biznes za tym detalem i żargonem skrótów absolutnie nie nadążał . Pojawiała się bariera nie do przebicia. Nie wynika to z braku kompetencji którejś ze stron, ale z faktu, że programiści to z reguły umysły wybitnie ścisłe, komunikujące się w sposób maksymalnie konkretny, rzeczowy i zerojedynkowy. Biznes tymczasem na samym początku drogi bardzo często nie ma zielonego pojęcia, czego tak naprawdę chce i potrzebuje. Rolą analityka jest przetrwanie tego chaosu i precyzyjne wyciągnięcie na wierzch realnej potrzeby klienta.
Zostań analitykiem danych – dołącz do KajoDataSpace!
Najlepsza ścieżka do zawodu analityka danych. Dostęp do pełnych wersji kursów online z Excela, SQLa, PowerBI, Tableau i Pythona z certyfikatami!
🟨 Ekskluzywana ale pomagająca sobie społeczność.
🟩 Ponad 75 godzin materiałów video.
🟨 Spotkania LIVE co miesiąc.
🟩 Mój osobisty mentoring.
Anatomia procesu: Jak rodzi się produkt i funkcja w IT?
Kajo: Spróbujmy zwizualizować sobie ten proces dla naszych czytelników, z których część być może nie miała jeszcze okazji pracować wewnątrz organizacji technologicznej i nie wie, jak wyglądają realia sal konferencyjnych . Z jednej strony mamy introwertycznych, wysoce kompetentnych inżynierów, z drugiej biznes nastawiony na generowanie zysku . Jak ten proces współpracy właściwie startuje przy wdrażaniu nowej aplikacji lub funkcji ? Czy organizuje się jedno wielkie spotkanie, czy rozmawiasz z każdą stroną osobno? Czy Twoja rola polega na edukowaniu biznesu, czy raczej na sprowadzaniu „nerdów” z IT na ziemię i przypominaniu im, że celem firmy jest sprzedaż, a nie tworzenie pięknych, wyrafinowanych pętli w C++ czy Pythonie ?
Natalia: Wszystko zależy od natury samego przedsięwzięcia. W ujęciu ogólnym projekty możemy podzielić na dwa główne typy: wdrożeniowe oraz wytwórcze . W projektach wdrożeniowych sytuacja jest relatywnie prosta: firma chce zaimplementować gotowe, istniejące na rynku narzędzie, na przykład system CRM lub ERP . Klient zgłasza się z konkretną potrzebą, a analityk otrzymuje już w pewnym stopniu zdefiniowany opis projektu z wysokopoziomowymi wymaganiami . Wiemy, wokół czego się poruszamy; naszym zadaniem jest jedynie uszczegółowienie i dokładne zmapowanie procesów operacyjnych wewnątrz danej firmy tak, aby nowe narzędzie realnie usprawniło jej codzienne funkcjonowanie.
Prawdziwe wyzwanie, wymagające ogromnej kreatywności, zaczyna się w projektach wytwórczych, kiedy tworzymy od zera zupełnie nowy produkt IT – dedykowaną aplikację czy nieszablonowe rozwiązanie. Tutaj proces rzadko zaczyna się od precyzyjnych wytycznych. Najczęściej punktem wyjścia jest mgliste założenie lub rzucona przez zarząd zmiana strategii, na przykład hasło: „Od teraz wdrażamy AI, zróbcie nam funkcjonalność opartą na sztucznej inteligencji”. W firmie nikt nie ma w tym zakresie twardych kompetencji, więc jako analitycy rozpoczynamy proces odkrywania: gdzie, jak i po co możemy to AI zaimplementować, by odpowiedzieć na realne bolączki użytkowników.
Każdy proces wytwórczy zawsze musi zaczynać się od głębokiego zrozumienia problemu. Musimy dociec, z jakimi trudnościami zmaga się klient końcowy – niezależnie od tego, czy jest to użytkownik wewnętrzny w firmie, czy zewnętrzny, jak ma to miejsce w mojej obecnej pracy dla sektora bankowego. Dopiero po zdefiniowaniu problemu stawiamy hipotezę dotyczącą potencjalnego rozwiązania. Zakładamy, że określona funkcjonalność przyniesie pożądany rezultat. W zależności od dojrzałości organizacji, można od razu wejść w fazę developmentu z jedną wybraną hipotezą, albo wdrożyć podejście nowoczesne: stworzyć kilka szybkich prototypów i przetestować je bezpośrednio na żywym organizmie, czyli na końcowym kliencie . To pozwala bezbłędnie ocenić, które rozwiązanie faktycznie eliminuje ból użytkownika, zanim wydamy fortunę na pisanie kodu.
Optymalizacja procesów: Jak jedna minuta przekłada się na miliony
Kajo: Co dzieje się w momencie, kiedy uzyskacie już potwierdzenie, że dany prototyp działa i trafia w potrzeby użytkowników? Jak wygląda przejście do twardej inżynierii?
Natalia: Kiedy hipoteza zostaje zweryfikowana pomyślnie, analityk przystępuje do tworzenia szczegółowych instrukcji logicznych dla deweloperów . Ściśle współpracujemy w tym miejscu z projektantami UX, o ile są obecni w zespole; jeśli ich nie ma, to na barki analityka spada odpowiedzialność za zaprojektowanie wyglądu i ścieżek przepływu w aplikacji . Po zakończeniu fazy analizy i napisaniu kodu przez programistów, przechodzimy do etapu wdrożenia oraz ciągłego utrzymania i rozwoju . Wtedy kluczowe staje się ciągłe monitorowanie zachowań użytkowników za pomocą dedykowanych dashboardów analitycznych. Analizujemy liczbę kliknięć, badamy, w którym momencie użytkownicy porzucają dany proces, i na tej podstawie planujemy kolejne ulepszenia. To niekończąca się, fascynująca pętla iteracyjna.
Warto uświadomić sobie, że praca w IT to bardzo często cyfryzacja procesów, które do tej pory były wykonywane w sposób całkowicie manualny. Klasyczny scenariusz wygląda tak: pracownik przychodzi rano do biurka, otwiera maila, ręcznie sczytuje dane z dokumentu, przepisuje je do jednej bazy danych, wysyła kolejną wiadomość do przełożonego z prośbą o akceptację, a ten po zatwierdzeniu przekazuje sprawę jeszcze wyżej. Naszym zadaniem jest wejść w ten świat, przeanalizować każdy krok i zastąpić te powtarzalne czynności automatyzacją systemową. Użytkownik końcowy ma jedynie kliknąć jeden przycisk zatwierdzający.
Z boku może się wydawać, że skrócenie jakiejś czynności o trzydzieści sekund lub minutę to błahostka. Jednak w skali wielkich organizacji – takich jak banki czy giganci ubezpieczeniowi zatrudniający dziesiątki tysięcy ludzi – ta jedna zaoszczędzona minuta pomnożona przez skalę operacji generuje dla przedsiębiorstwa gigantyczne oszczędności finansowe i uwalnia ogromne zasoby czasu. Właśnie dlatego warto pochylać się nad takimi mikro-usprawnieniami.
Dla osób, które czują, że to strukturyzowanie chaosu i praca z procesami jest ich powołaniem, ale brakuje im twardych umiejętności technicznych, przygotowałem kompleksowy ekosystem wsparcia. W ramach KajoDataSpace łączę dostęp do wszystkich moich kursów z zakresu m.in. SQL, Pythona czy Power BI z unikalną, zaangażowaną społecznością oraz moim bezpośrednim mentoringiem. To idealne miejsce, by nauczyć się rozmawiać z danymi i technologią na Ty, niezależnie od niesprzyjających okoliczności rynkowych .
Hybryda ról: Analityk, Product Owner i Project Manager w jednym ciele
Kajo: Słuchając Twojej opowieści o procesie produktowym, zauważam, jak potężny ładunek pracy kreatywnej spoczywa na Twoich barkach. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że analityk biznesowy to tylko nudny urzędnik przesuwający papierki i tworzący nikomu niepotrzebną, suchą dokumentację. Tymczasem okazuje się, że musisz w dużej mierze samodzielnie wykreować wizję tego, jak będzie wyglądała przyszłość . Moja rola jako analityka danych opiera się na powtarzalnych instrukcjach i pracy z gotowymi tabelami, co przy standardowych case’ach bywa wręcz monotonne . U Ciebie pojawia się syndrom legendarnej „czystej kartki papieru” . Czy to stały element Twojej rzeczywistości?
Natalia: Zdecydowanie tak. Muszę jednak doprecyzować jedną rzecz: nie pracuję obecnie jako całkowicie ortodoksyjny, klasyczny analityk biznesowy. Moje stanowisko to w zasadzie płynna hybryda analizy i roli Product Ownera (Właściciela Produktu). Ściśle współtworzę strategiczną wizję produktu od samego zarania, łącząc zbieranie feedbacku od klientów z wymaganiami stawianymi przez biznes. Ta praca zaczyna się od pustej kartki, na którą nanosimy inputy, analizujemy dostępność danych w systemach i badamy techniczną wykonalność założeń.
Współczesne realia rynkowe sprawiają, że granice między rolami analityka, Product Ownera a Project Managera (PM-a) coraz mocniej się zacierają . Często jako analityk muszę koordynować pracę kilku różnych zespołów, zbierać informacje, zespajać je w spójną całość, a nawet wchodzić w twarde negocjacje finansowe dotyczące kosztów proponowanych rozwiązań. W idealnym świecie, jeśli w zespole jest sprawny PM lub zaangażowany Product Owner, analityk może oddelegować kwestie eskalacji problemów czy logistyki spotkań. Jednak w wielu organizacjach cięcia budżetowe wymuszają sytuację, w której jedna osoba musi pełnić te trzy funkcje jednocześnie.
Kajo: Czy uważasz, że w dzisiejszym zoptymalizowanym świecie IT rozdzielanie tych ról na siłę ma jeszcze głębszy sens? Czy nie lepiej byłoby stworzyć jedną, spójną definicję dla tego stanowiska, zamiast mnożyć nazewnictwo w zależności od projektu?
Natalia: Wszystko rozbija się o skalę projektu. Pojedynczy człowiek jest w stanie udźwignąć ten potrójny ciężar kompetencyjny, ale zawsze dzieje się to kosztem czegoś – najczęściej jakości lub zdrowia psychicznego . Jeśli zależy nam na dostarczaniu produktów najwyższej klasy, maksymalny focus na jednej roli daje nieporównywalnie lepsze efekty .
Główna różnica polega na tym, że Product Owner operuje na wyższym szczeblu decyzyjnym. To on definiuje długoterminowy kierunek, bierze na siebie pełną odpowiedzialność za produkt i idzie bronić wypracowanej wizji przed zarządem czy kluczowymi interesariuszami . Jeśli produkt okaże się rynkową klapą i nie przyniesie obiecanego zwrotu z inwestycji (ROI), to Product Owner ponosi bezpośrednie konsekwencje personalne i biznesowe.
Ciemna strona stanowiska: Stres, chaos i wychodzenie ze strefy komfortu
Kajo: To brzmi jak potężna odpowiedzialność. Używając piłkarskiej analogii: jesteś jak trener drużyny, który może genialnie rozpisać taktykę na tablicy w szatni, ale ostatecznie nie masz wpływu na to, że Twój napastnik nie trafia do pustej bramki z pięciu metrów . Czy w związku z tym postawiłabyś tezę, że praca na przełomie analizy i zarządzania produktem jest po prostu trudna?
Natalia: Szczerze? Nie uważam, żeby była intelektualnie trudna, ale bez wątpienia jest niesamowicie obciążająca psychicznie . To zajęcie skrojone pod osoby o cechach ekstrawertycznych. Twój dzień pracy jest poszatkowany niezliczoną liczbą spotkań, które nie dość, że musisz skrupulatnie przygotować, to jeszcze osobiście poprowadzić. Regularnie dochodzi do sytuacji skrajnie stresogennych – jak prezentowanie koncepcji transformacji cyfrowej przed menedżerami z poziomu C-level.
Rozmawiasz z ludźmi, którzy zjedli zęby na tym biznesie, są od Ciebie znacznie starsi i bezporównywalnie bardziej doświadczeni . Kiedy zaczynałam jako młoda dziewczyna, świadomość, że mam przyjść i mówić tym wyjadaczom, jak mają prowadzić swoje procesy, paraliżowała mnie i generowała ogromne napięcie mentalne. Z czasem, po wypracowaniu odpowiednich mechanizmów, poziom stresu opadł, ale ta praca nieustannie zmusza do drastycznego opuszczania strefy komfortu . Publiczne wystąpienia, trudne negocjacje, permanentne zarządzanie chaosem i bycie buforem między skłóconymi stronami to tutaj chleb powszedni .
Wojna światów: Open space kontra zacisze domowe
Kajo: Skoro dotknęliśmy wątku spotkań i interakcji międzyludzkich: czy w obecnych realiach jesteś zwolenniczką fizycznej obecności w biurze? Pytam o to, ponieważ w świecie postpandemicznym obserwujemy silną polaryzację stanowisk. Jedno przekonanie mówi, że potrafimy genialnie współpracować cyfrowo i powrót do budynków korporacyjnych to krok wstecz. Druga szkoła twierdzi, że człowiek jest istotą społeczną, a najlepsze innowacje i „odbijanie pomysłów” dzieją się przypadkiem podczas rozmów przy ekspresie do kawy w firmowej kuchni . Gdzie leży Twoja lojalność w tym sporze?
Natalia: Przed pandemią przepracowałam w biurach zaledwie półtora roku, a od tamtego czasu funkcjonuję niemal wyłącznie w trybie zdalnym. Dzisiaj okazjonalna konieczność pojawienia się w biurze jest dla mnie autentyczną męką. Czuję, że bezpowrotnie tracę bezcenny czas na dojazdy i logistykę. Jestem absolutną fanką merytorycznych spotkań, ale nie potrzebuję do nich fizycznej obecności face-to-face.
Współczesne biura typu open space to komunikacyjna i produktywnościowa tragedia. Wyobraź sobie sytuację: wokół Ciebie siedzi kilka osób, każda bierze udział w innym callu, panuje nieustanny szum, nakładają się dziesiątki wątków i tematów. W takich warunkach skupienie się na wymagającej pracy koncepcyjnej czy pisaniu dokumentacji jest praktycznie niemożliwe .
Osobiście w domu robię o wiele więcej i znacznie szybciej niż w biurze. Doceniam wartość spotkania raz w tygodniu, wyjścia wspólnie z zespołem na lunch, przeprowadzenia na żywo sesji retro czy zaplanowania kolejnego sprintu (refinementu). Taki zdrowy hybrydowy miks w zupełności wystarcza.
Kajo: Podpisuję się pod tym obiema rękami. Koszt mentalny przebywania na open space, który przypomina halę call center, jest dla układu nerwowego dewastujący . O ile na początku drogi zawodowej, mając dwadzieścia lat, chłonie się wszystko jak gąbka i wykazuje wysoką odporność psychiczną, o tyle z biegiem lat ten permanentny chaos po prostu zaczyna człowieka przerastać i wyczerpywać .
Recepta na efektywne spotkania w świecie cyfrowym
Kajo: Skoro twierdzisz, że cyfrowa przestrzeń jest w pełni wystarczająca do kreatywnej pracy produktowej, musisz dysponować doskonałym przepisem na to, jak organizować spotkania online, aby nie zamieniły się w bezproduktywne marnowanie czasu. Istnieje przecież mit, że praca zdalna sprzyja mentalnemu usypianiu przed monitorami, a ludzie zamiast słuchać, grają potajemnie w gry na boku . Jakie są Twoje złote zasady?
Natalia: Moja absolutnie najważniejsza zasada brzmi: zapraszaj na spotkanie wyłącznie te osoby, które są autentycznie niezbędne do podjęcia decyzji lub od których potrzebujesz natychmiast pozyskać kluczowe informacje. Im mniejsza grupa robocza, tym wyższa efektywność. Często zamiast zwoływać godzinne, masowe zebranie, lepiej spotkać się z kimś jeden na jeden na piętnaście minut, szybko doprecyzować detale i zamknąć temat.
Jeśli jednak specyfika projektu wymaga przeprowadzenia większych warsztatów z szerszym gronem interesariuszy, kluczem staje się aktywizacja uczestników na samym początku . Ludzie mają tendencję do wchodzenia na calle z wyłączonymi kamerami i wyciszonymi mikrofonami, pozostając w trybie całkowicie pasywnym przez całe spotkanie. Dla organizacji to czyste marnowanie pieniędzy – płacenie za godzinę obecności kogoś, kto nie wnosi żadnej wartości . Dlatego zawsze warto zainwestować pierwsze minuty w szybki, lekki warm-up, zmusić ludzi do odmutowania się, opowiedzenia czegoś krótkiego o sobie i przełamania bariery ciszy.
Po stronie analityka leży też bezwzględny obowiązek perfekcyjnego przygotowania: musisz wiedzieć, kto pojawi się na spotkaniu, jaki jest poziom wiedzy tych osób i, co najważniejsze, mieć przygotowaną sztywną listę pytań oraz jasną agendę wysłaną z odpowiednim wyprzedzeniem. W profesjonalnym środowisku zdarzało mi się, że menedżerowie odrzucali moje zaproszenie, pisząc wprost: „Przejrzałem agendę, nie będę w stanie pomóc w tych kwestiach, odrzucam”.I to jest genialne, bo szanujemy nawzajem swój czas.
Gra w korporację: Office politics i kultura skandynawska
Kajo: Słuchając o Twoim podejściu do mapowania uczestników spotkań, przed oczami staje mi obraz wytrawnego gracza, który precyzyjnie analizuje układy sił w organizacji. Sprawdzasz, kto z kim trzyma, jakie panują relacje, kto za co odpowiada. Kojarzy mi się to z korporacyjną wersją „Gry o Tron” czy „House of Cards”, gdzie przed ważnym zebraniem musisz układać strategię polityczną, by przeforsować budżet czy zintegrować sprzeczne interesy. Czy w tej wizji jest ziarno prawdy, czy to zbyt daleko idąca romantyzacja rzeczywistości ?
Natalia: Trochę w tym romantyzacji, ale znajomość struktury ludzkiej w organizacji to absolutna konieczność, zwłaszcza w realiach wielkich korporacji . W małych firmach sytuacja jest transparentna – podział obowiązków jest jasny, a ludzi na pokładzie niewiele . W ogromnych strukturach musisz drobiazgowo zweryfikować umiejscowienie danej osoby w hierarchii, by uderzyć z pytaniem pod właściwy adres .
Kajo: Zrobię tutaj małe osobiste wyznanie: należę do osób, które nie mają najmniejszego problemu z tak zwaną polityką biurową (office politics). Świadomie biorę udział w tej grze, ponieważ doskonale rozumiem, że na wyższych stanowiskach zarządzanie relacjami, osobistymi sympatiami i antypatiami ludzkimi jest równie istotne, co czyste kompetencje merytoryczne. Czy miałaś w swojej karierze sytuacje, w których musiałaś doprowadzić do porozumienia strony, które, mówiąc oględnie, serdecznie się nienawidziły?
Natalia: Miałam i bywają to sytuacje skrajnie niekomfortowe. Niedawno sama stałam się, może nie bezpośrednim uczestnikiem, ale bliskim świadkiem bardzo ostrego konfliktu wewnątrzprojektowego. Wiele zależy od kultury organizacyjnej samej firmy. Obydwoje mamy to szczęście, że pracujemy w organizacjach o rodowodzie skandynawskim, gdzie kultura pracy stawia człowieka i relacje na pierwszym miejscu. O konfliktach rozmawia się tam w sposób otwarty, dążąc do jak najszybszego, polubownego oczyszczenia atmosfery . To ogromny komfort, choć mam świadomość, jak toksyczne potrafią być układy w innych korporacjach. Moja uniwersalna rada dla każdego, kto wchodzi do korporacyjnego świata: warto budować sieć autentycznych znajomych, ale zawsze należy bardzo mocno uważać na to, co i przy kim się mówi.
Hype na AI kontra twarda ekonomia i deterministyczny kod
Kajo: Chciałbym teraz płynnie przejść do tematu, który elektryzuje całą naszą branżę – sztucznej inteligencji. Twoja perspektywa jest wyjątkowo ciekawa, ponieważ jako osoba stojąca na pograniczu biznesu i technologii widzisz te procesy z lotu ptaka, podczas gdy pojedynczy programista czy analityk danych skupia się wyłącznie na swoim wąskim wycinku kodu lub raportu . Jak z tej szerszej perspektywy oceniasz obecne wdrażanie AI w organizacjach?
Natalia: Szczerze mówiąc, mój początkowy entuzjazm ustąpił miejsca głębokiemu sceptycyzmowi. Żyjemy w fazie gigantycznego, bezrefleksyjnego zachwytu. Wszyscy bez wyjątku chcą mieć u siebie AI, jednak porażająco niska jest świadomość tego, jak te narzędzia realnie działają i jaką realną wartość biznesową przynoszą. Mam nieodparte wrażenie, że obecnie próbuje się wpychać algorytmy sztucznej inteligencji absolutnie wszędzie, na siłę, tylko po to, by móc pochwalić się przed rynkiem posiadaniem takiego modnego feature’a .
Często zrobienie czegoś klasyczną, deterministyczną metodą programistyczną – poprzez rzetelną analizę, rozpisanie logiki i napisanie tradycyjnego kodu – byłoby znacznie prostsze, tańsze i stabilniejsze. Na razie wszyscy zachłystują się tym, jak tanie są tokeny, ale nikt nie zadaje sobie pytania, co wydarzy się za jakiś czas, kiedy ceny dostawców technologii drastycznie pójdą w górę. Czy firmy będą wtedy masowo wycofywać funkcjonalności, w które zainwestowały miliony?
Kajo: Poruszyłaś fundamentalną kwestię kosztów, o której głośno się nie mówi. W kuluarach coraz wyraźniej słychać głosy, że ekonomia AI zaczyna trzeszczeć w szwach. Koszt zakupu infrastruktury i tokenów to jedno, ale nikt nie dolicza kosztów pracy opłacanych za złoto senior deweloperów, którzy muszą potem ślęczeć nad kodem i ręcznie poprawiać błędy oraz halucynacje wygenerowane przez sztuczną inteligencję.
W ostatecznym rozrachunku koszt wdrożenia okazuje się podobny do pracy ludzkiej, za to niepewność końcowego rezultatu drastycznie rośnie. Kiedyś dysponowaliśmy oprogramowaniem deterministycznym – wprowadzając określone dane do pętli, mieliśmy stuprocentową pewność, że wynik zawsze będzie identyczny, przewidywalny i stabilny . Dzisiaj operujemy na probabilistyce, co w wielu systemach krytycznych generuje potężne ryzyko.
Cyfrowy detoks i powrót do tradycyjnego zeszytu, czyli jak AI smaży nam mózgi
Kajo: Oddzielmy jednak kwestię wdrażania AI do produktów globalnych od obszaru osobistej produktywności . Jak to wygląda w Twojej prywatnej codzienności zawodowej? Czy należysz do osób, które programują i piszą dokumentację wyłącznie za pomocą głosu, czy może ograniczenia korporacyjne paraliżują Twoje możliwości testowania tych narzędzi ?
Natalia: Moja sytuacja jest dość specyficzna, ponieważ na projektach funkcjonuję jako zewnętrzny kontraktor prowadzący własną działalność gospodarczą, a nie etatowy pracownik banku. To niesie za sobą potężne restrykcje bezpieczeństwa. Przez ekstremalnie długi czas nie mogłam doprosić się od działów bezpieczeństwa IT o dostępy do jakichkolwiek wewnętrznych narzędzi opartych na sztucznej inteligencji . Choć wewnątrz organizacji istnieją już pewne systemy, to prywatnie, na własnym sprzęcie, wykorzystuję AI w nieporównywalnie bardziej zaawansowany i skomplikowany sposób niż w pracy zawodowej.
Kajo: Status kontraktora w IT to norma, więc Twoje doświadczenie odzwierciedla realia tysięcy specjalistów. Dochodzimy tu do absurdalnego paradoksu: w sferze prywatnej mamy dostęp do technologii kosmicznych, a po zalogowaniu do systemów wielkich organizacji cofamy się o dekadę z powodu procedur bezpieczeństwa . Człowiek wchodzi do internetu i ogląda wizje rodem z filmów science-fiction, gdzie ludzie niemal przesuwają okna aplikacji rękami w powietrzu, a potem zderza się z korporacyjną rzeczywistością . Czy to wywołuje w Tobie frustrację?
Natalia: Ogromną. Przez brak dostępu do automatyzacji w pracy czuję, że uprawiam klasyczną „robotę głupiego” . Muszę spędzać długie godziny na ręcznym analizowaniu opasłych tomów dokumentacji, wiedząc doskonale, że z pomocą AI mogłabym ten proces skrócić o ponad połowę i poświęcić czas na zadania znacznie bardziej kreatywne i efektywne .
Nienawidzę pisać dokumentacji, to moja absolutna zmora. Czekam na moment, w którym będę mogła wrzucić swoje luźne przemyślenia do algorytmu, a on sformatuje to w piękny, profesjonalny tekst. Przy moim trybie pracy, gdzie siedemdziesiąt procent dnia zajmują spotkania, a na pracę własną zostaje zaledwie trzydzieści procent czasu poszatkowanego na półgodzinne bloki, ciągła zmiana kontekstu jest wycieńczająca. AI byłoby tu zbawieniem.
Jednak to ciągłe ułatwianie sobie życia niesie za sobą mroczną cenę, którą niedawno zaczęłam bardzo wyraźnie dostrzegać . Złapałam się na tym, że przez permanentne delegowanie myślenia na AI, moje własne myśli zaczynają gubić się w cyfrowej przestrzeni. Algorytm stał się moim natychmiastowym „odbijaczem pomysłów”. Nawet jeśli każę mu być skrajnie krytycznym, on i tak zmodyfikuje mój koncept tak, by brzmiał atrakcyjnie. W efekcie produkuję setki pomysłów, które giną gdzieś bezpowrotnie w otchłani historii czatów .
Zdałam sobie sprawę, że tracę unikalną przyjemność z samodzielnego, głębokiego rozkminiania problemów. Doszłam do ściany i podjęłam radykalną decyzję: wracam do tradycyjnego, papierowego zeszytu . Odczuwam palącą potrzebę fizycznego przelewania myśli na papier, odręcznego skreślania, samodzielnego oceniania wartości swoich idei, bez nieustannego pytania algorytmu o to, czy mój pomysł ma sens. Czuję, że bez tego po prostu usmażą nam się mózgi.
Kajo: Niezwykle mocno rezonuje ze mną to, co mówisz. Miałem niedawno wstrząsające doświadczenie, które brutalnie uświadomiło mi stan mojego własnego umysłu. Chciałem napisać od serca, w pełni odręcznie, spersonalizowaną rekomendację na LinkedIn dla dziewczyny, która wykonała fantastyczną pracę jako konsultantka techniczna przy jednym z moich projektów edukacyjnych. Przy wcześniejszych, masowych rekomendacjach zdarzało mi się wspomagać szablonami lub AI, ale tutaj zależało mi na absolutnej autentyczności .
Trudność, z jaką mój mózg składał te kilka prostych zdań, była przerażająca. Byłem autentycznie zszokowany tym, jak bezsilny stał się mój aparat językowy bez cyfrowego protezowania. Moja gramatyka i składnia brzmiały tak nieskładnie, jak u początkującego gimnazjalisty. Poczułem się jak człowiek, który po pięciu latach całkowitej przerwy od siłowni próbuje nagle podnieść ciężar, którym dawniej swobodnie operował na każdym treningu. Nasze mięśnie poznawcze bez regularnego wysiłku po prostu drastycznie wiotczeją.
Budowanie marki osobistej w IT: LinkedIn, Instagram i brutalna prawda o algorytmach
Kajo: Obydwoje aktywnie tworzymy treści w internecie, opowiadamy o swoich zawodach i staramy się zachęcać ludzi do rozwoju w obszarze danych i technologii. Często jednak w tej publicznej narracji wkrada się skrajność – pokazujemy wyłącznie tę jasną, atrakcyjną stronę medalu, zapominając, że ostatecznie to wciąż jest po prostu praca, posiadająca swoje nudne i frustrujące elementy. Ponieważ rozwijasz profil „IT bez kodu”, chciałbym zapytać Cię bez ogródek: czy budowanie marki osobistej w mediach społecznościowych faktycznie przekłada się na realne, wymierne korzyści zawodowe? Czy gra jest warta świeczek?
Natalia: Powiedzmy to wprost: media społecznościowe to w dużej mierze szambo, ale potrafią generować bardzo konkretne korzyści biznesowe. Jeśli odetniemy warstwę influencerską i spojrzymy na to czysto pragmatycznie – pod kątem boostowania swojej widoczności na rynku pracy w celu znalezienia lepszego zatrudnienia – regularna aktywność na LinkedInie jest genialną opcją . Odkąd zaczęłam tam merytorycznie publikować, rekruterzy sami zaczęli masowo zasypywać moją skrzynkę odbiorczą spersonalizowanymi ofertami pracy, co wcześniej, przy biernym profilu, zdarzało się niezwykle rzadko.
Jednak wejście na Instagram czy TikToka to zupełnie inny, bezwzględny poziom gry . Zakładając profil, nie miałam pojęcia, z jak ogromnymi kosztami czasowymi to się wiąże . Moja pierwotna misja była czysta: chciałam uświadamiać ludzi, że w IT istnieje mnóstwo kluczowych ról, które nie wymagają napisania ani jednej linijki kodu. Do szału doprowadzał mnie mit, że praca w technologiach równa się wyłącznie byciu programistą.
Niestety algorytmy Instagrama brutalnie weryfikują idealistyczne podejście. Nagle, zamiast skupiać się na merytoryce, musisz spędzać długie godziny na analizowaniu, jak wbić się w sztywne ramy sześćdziesięciosekundowej rolki, jak skonstruować chwytliwy „hook” (haczyk na uwagę), by użytkownik nie przejechał palcem dalej, jak ciąć materiał, słuchać swojego głosu, wycinać zacięcia i oglądać własną twarz w nieskończoność podczas montażu. Łączenie tego z ośmiogodzinnym etatem bardzo szybko doprowadziło mnie do skrajnego przebodźcowania i wyczerpania zasobów czasowych .
Kajo: Doskonale Cię rozumiem, sam funkcjonuję w tym świecie od lat. Prawda jest taka, że aby te działania przynosiły mierzalny skutek, trzeba wejść na niemal morderczy poziom poświęcenia. Momentami człowiek zaczyna czuć się jak ordynarny diler dragów – Twoim głównym zadaniem staje się tak idealne pocięcie i zmontowanie materiału, by maksymalnie uzależnić odbiorcę i zatrzymać jego wzrok na ekranie za wszelką cenę, niezależnie od tego, jak głęboka jest Twoja wiedza merytoryczna . To potężny zgrzyt etyczny.
Natalia: Właśnie to zmusiło mnie do przewartościowania swoich działań. Podczas ostatnich Świąt Wielkanocnych podjęłam decyzję o całkowitym usunięciu aplikacji Instagram na cztery dni. Zmiana była kolosalna. Uświadomiłam sobie, jak potężny odruch bezwarunkowy we mnie wyrosł – sięgałam po telefon w każdej sekundzie mikronudy w pracy, nawet kiedy nie miałam żadnych powiadomień . My w branży IT żyjemy w bardzo specyficznej, hermetycznej bańce informacyjnej . Wydaje nam się, że cały świat kręci się wokół technologii i AI, podczas gdy poza naszym bąblem żyją miliony ludzi, którzy mają te tematy w głębokim poważaniu, wykonując tradycyjne zawody fizyczne, których żadne AI nigdy nie zastąpi. Dlatego świadomie uciekam od formatu krótkich rolek na rzecz długich webinarów i głębokich dyskusji, takich jak nasza . Dopiero tutaj można naprawdę pokazać swoje prawdziwe flow i autentycznie poznać drugiego człowieka.
Droga do IT: Jak mądrze podejść do przebranżowienia?
Kajo: Chciałbym naszą rozmowę spiąć klamrą, która posłuży jako pragmatyczna drogowskaz dla osób chcących wejść do tego świata bez budowania nierealnych iluzji . Gdyby ktoś posiadał naturalne skłonności do poruszania się w świecie biznesu i technologii, ale nie chciał iść w stronę czystego programowania, jak na podstawie swoich wieloletnich doświadczeń doradziłabyś tej osobie wystartować w obecnych, trudnych realiach ?
Natalia: Moja fundamentalna rada brzmi: wybij sobie z głowy wyobrażenia i fantazje o tym, jak ta praca wygląda na podstawie filmików z internetu . Zamiast tego znajdź człowieka, który realnie siedzi na tym stanowisku w korporacji od kilku lat, zaproś go na wirtualną kawę i poproś bez ogródek: „Opowiedz mi o najciemniejszych stronach swojej pracy, o rutynie, o tym, co Cię najbardziej wkurza” . Ja na początku swojej drogi nie miałam takiego mentora i za ten brak zapłaciłam nauką na własnych, bolesnych błędach .
Kluczem jest budowanie realnego networku i ugruntowanie swojej decyzji na bazie twardych faktów, a nie rynkowego hype’u . Musisz mieć pełną świadomość, że wejście do branży będzie wymagało od Ciebie potężnego nakładu czasu na naukę i doszkalanie się, a po drodze zaliczysz mnóstwo bolesnych porażek rekrutacyjnych.
Drugim filarem jest bezwzględna uczciwość w poznaniu samego siebie. Usiądź i odpowiedz sobie na jedno, najbardziej podstawowe pytanie: czy preferujesz intensywną pracę z ludźmi, czy wolisz działać w samotności ? Jeśli panicznie boisz się permanentnych spotkań, wystąpień publicznych i ciągłych dyskusji, zawód analityka biznesowego czy Product Ownera będzie dla Ciebie psychicznym piekłem. Wtedy znacznie lepszym wyborem może okazać się rola testera oprogramowania czy dewelopera, gdzie tego kontaktu jest bezporównywalnie mniej. Świat IT ma mnóstwo odnóg – dopasuj ścieżkę do swoich naturalnych talentów i predyspozycji psychicznych, a nie do aktualnej mody rynkowej . Prastara grecka maksyma „poznaj samego siebie” po tysiącach lat nic nie straciła na swojej aktualności.
Kajo: Natalia, ogromnie dziękuję Ci za tę rozmowę. W świecie zdominowanym przez nieustanny, sztuczny zachwyt nad technologią, utrzymanie tak bezkompromisowego poziomu autentyczności i szczerości jest wartością absolutnie unikalną i bezcenną .
Zapisz się do
newslettera
🎁 i zgarnij darmowe bonusy:
Poradnik Początkującego Analityka
Video - jak szukać pracy w IT
Regularne dawki darmowej wiedzy, bez spamu
Podsumowanie
Jeżeli treść tej rozmowy rzuciła dla Was nowe, trzeźwe światło na realia pracy w IT i uważacie, że warto odczarowywać mity narosłe wokół analizy oraz wpływu AI na nasze życie, podzielcie się tym artykułem w swoich mediach społecznościowych – na LinkedInie, Facebooku czy Twitterze. Niech ta merytoryczna perspektywa dotrze do jak najszerszego grona osób szukających swojej własnej ścieżki zawodowej.
Natalię i jej fantastyczną działalność możecie bez problemu znaleźć i obserwować bezpośrednio na Instagramie oraz LinkedInie pod szyldem „IT bez kodu”. Wszystkie odnośniki zostawiam tradycyjnie w sekcji informacyjnej. Do zobaczenia w kolejnych wpisach!
Autorem artykułu jest Kajo Rudziński – analytical data architect, uznany ekspert w analizie danych, twórca KajoData oraz społeczności dla analityków KajoDataSpace.
To tyle w tym temacie. Analizujcie w pokoju!
Podobał Ci się ten artykuł 🙂?
Podziel się nim w Social Mediach 📱
>>> udostępnij go na LinkedIn i pokaż, że codziennie uczysz się czegoś nowego
>>> wrzuć go na Facebooka, to się może przydać któremuś z Twoich znajomych
>>> Przypnij sobie tą stronkę to zakładek, może się przydać w przyszłości
Wolisz oglądać 📺 niż czytać – nie ma problemu
>>> Obserwuj i oglądaj KajoData na YouTube
Wolisz czytać po angielsku? No problem?
Inne ciekawe artykuły:



