
Prowadzenie własnej firmy i tworzenie produktów edukacyjnych w KajoData co chwilę zmusza mnie do powrotu do korzeni. Ostatnio, kiedy budowałem od zera nową aplikację webową, która ma służyć moim kursantom do praktycznych ćwiczeń z analizy danych, złapałem się na dziwnym uczuciu. Połączyłem backend z frontendem, postawiłem bazę danych, skonfigurowałem system logowania użytkowników i z pomocą sztucznej inteligencji przesuwałem ten projekt krok po kroku do przodu. W pewnym momencie poczułem ogromną frajdę – dokładnie taką samą, jaką czułem kilkanaście lat temu, stawiając pierwsze kroki w świecie technologii. I nagle w mojej głowie kliknęło. Zrozumiałem, dlaczego tak naprawdę zostałem analitykiem danych.
Czy masz czasem tak, że przez całe lata żyjesz w przekonaniu, iż podjąłeś ważną życiową decyzję z jednego konkretnego powodu, a po czasie okazuje się, że prawda była zupełnie inna? Wiele osób wchodzących do branży IT powtarza utarte formułki: „zostałem analitykiem, bo mam ścisły umysł”, „chciałem zarabiać dziesięć tysięcy złotych więcej” albo „zależało mi na pracy zdalnej z dowolnego miejsca na świecie”. Sam przez długi czas myślałem o swojej karierze w kategoriach racjonalnych wyborów zawodowych. Jednak prawda jest taka, że to nie chłodna kalkulacja zaprowadziła mnie na stanowisko Data Architekta z zarobkami sięgającymi dwudziestu pięciu tysięcy złotych. Zaprowadziła mnie tam chłopięca wręcz fascynacja budowaniem systemów z małych klocków.
Jeśli obecnie zastanawiasz się nad przebranżowieniem, rozważasz wejście do świata danych i szukasz w sobie odpowiedzi na pytanie, czy to w ogóle jest ścieżka dla Ciebie, ta historia może dać Ci zupełnie nową perspektywę. Bo sprawność analityczna nie zaczyna się od wyrafinowanych wzorów matematycznych. Często zaczyna się od banalnego życiowego problemu i odrobiny konstruktywnej obsesji.
Erasmus, papierosy i pierwszy arkusz w Excelu
Moja droga do danych nie była usłana dyplomami uczelni technicznych. Z wykształcenia jestem polonistą. Studia humanistyczne dały mi świetne wyczucie języka, umiejętność precyzyjnego formułowania myśli i zrozumienie struktury wypowiedzi, ale z twardą analityką, bazami danych czy programowaniem nie miały kompletnie nic wspólnego. Moje pojęcie o liczbach, raportowaniu i sprawozdawczości finansowej w tamtym okresie było zerowe. Aż do momentu, gdy wyjechałem na wymianę studencką w ramach programu Erasmus.
To właśnie tam, w innym kraju, z dala od domowego poukładania, nabawiłem się dosyć niefortunnego nałogu – zacząłem bardzo dużo palić. Każdy, kto kiedykolwiek był studentem na zagranicznym wyjeździe, wie, że budżet potrafi kurczyć się w zastraszającym tempie. Po kilku tygodniach zorientowałem się, że absolutnie nie panuję nad ilością pieniędzy, które dosłownie przepalałem z dnia na dzień. Kupowanie paczki za paczką sprawiało, że pod koniec miesiąca stan mojego konta wyglądał przerażającego, a ja nie miałem pojęcia, gdzie podziały się moje środki.
Przypomniałem sobie wtedy, że na komputerze mam zainstalowany program, o którym słyszał chyba każdy, ale mało kto w pełnej mierze wykorzystuje jego potencjał – Microsoft Excel. Postanowiłem otworzyć pusty arkusz i zacząć po prostu wpisywać w nim każdą kupioną paczkę papierosów. Chciałem zyskać jakąkolwiek kontrolę nad tą jedną pozycją w moich wydatkach.
Szybko okazało się, że samo śledzenie papierosów to za mało. Skoro poświęcałem czas na wpisywanie wydatków na nałóg, naturalnym krokiem było dodanie innych codziennych kosztów: jedzenia, rachunków, wyjść ze znajomymi. Chwilę później zrozumiałem, że sam zestaw wydatków nie daje mi pełnego obrazu sytuacji, jeśli nie zestawię go z przychodami. W tamtym okresie na studiach zacząłem łapać różne dorywcze prace – praca w hostelach, drobne zlecenia, obsługa gości. Mój budżet zaczął żyć własnym życiem.
Po kilku miesiącach regularnego prowadzenia tego prostego pliku w Excelu przeszedłem przez prawdziwy moment przełomowy. Zrozumiałem, że wpisywanie wszystkiego ciągle od nowa w ten sam sposób jest męczące i nieefektywne. Jeśli chciałem, żeby ten plik naprawdę mi pomagał, musiałem zaprojektować go zupełnie inaczej. Przebudowałem układ tabel, wprowadziłem podziały na kategorie, stworzyłem pierwsze automatyczne podsumowania i raporty miesięczne, które pozwalały mi jednym kliknięciem sprawdzić, jak wygląda moja sytuacja finansowa. Chciałem, aby przechodzenie do kolejnego miesiąca nie wymagało kopiowania formuł i ręcznego czyszczenia danych. Chciałem automatyzacji.
Od przycisku w VBA do własnego uniwersum: Narodziny Prospero
Słowo „automatyzacja” jest dzisiaj na ustach wszystkich, ale kilkanaście lat temu w codziennej pracy rzadko używało się go w kontekście zwykłych arkuszy kalkulacyjnych. Przeszukując internet w poszukiwaniu sposobów na usprawnienie mojego budżetu, natrafiłem na technologię, która dla wielu jest dziś eksponatem muzealnym, a dla mnie stała się pierwszym objawieniem – VBA (Visual Basic for Applications).
Zacząłem pisać proste makra. Moją pierwszą dużą łamigłówką było rozwiązanie problemu transferów wewnętrznych. Kiedy przelewałem pieniądze z własnego konta oszczędnościowego na konto rozliczeniowe, system nie powinien traktować tego ani jako nowego dochodu, ani jako wydatku. Był to jedynie ruch środków między dwoma subkontami, który jednak musiał odzwierciedlać się w bilansie jako uznanie na jednym rachunku i obciążenie na drugim. Zamiast ręcznie dodawać dwa wiersze i pilnować poprawności kwot, stworzyłem prosty formularz w VBA. Wybierałem konta z listy rozwijanej, klikałem przycisk i boom – dwa wiersze automatycznie pojawiały się w odpowiednich miejscach tabeli.
Ktoś mógłby powiedzieć: „Kajo, przecież dzisiaj aplikacje bankowe robią to wszystko same, po co wyważać otwarte drzwi?”. To prawda. Banki mają gotowe wykresy i kategoryzację wydatków. Ale każdy, kto kiedykolwiek składał w dzieciństwie klocki Lego, skręcał meble z sieciówki albo budował własny stół w warsztacie, doskonale zna to uczucie. Frajda z tworzenia czegoś własnymi rękami, z widoku, jak rozproszone elementy nagle zaczynają idealnie do siebie pasować, jest nie do podrobienia. To właśnie wtedy po raz pierwszy poczułem ten specyficzny zachwyt, który później zdefiniował moją całą karierę.
Prawdziwy sprawdzian tej pasji przyszedł jednak niedługo później, gdy trafiłem do mojej pierwszej poważnej pracy w dziale obsługi klienta. Pracowaliśmy w międzynarodowym środowisku, obsługując duże banki komercyjne z Wielkiej Brytanii. Naszym zadaniem była obsługa zgłoszeń dotyczących szkoleń pracowniczych. System był niesamowicie złożony – szkolenia wahały się od prostych, jednodniowych kursów z pierwszej pomocy, po wieloetapowe programy certyfikacji finansowej, angażujące dziesiątki zewnętrznych dostawców. Pracownicy banków przesyłali zapytania na standaryzowanych formularzach, a my musieliśmy ręcznie szukać odpowiednich ofert na stronach internetowych, sprawdzać terminy, potwierdzać ceny i odsyłać gotowe odpowiedzi.
Nikt z nas nie był szkolony z myślenia procesowego ani inżynierii systemów. Większość zespołu po prostu czytała formularz, przeklikiwała strony internetowe i pisała maile od zera. Proces był żmudny, podatny na błędy i niezwykle powtarzalny. Pewnego dnia uznałem, że nie jestem w stanie pracować w ten sposób. Stwierdziłem, że stworzę plik w Excelu, który automatycznie pobierze dostępną ofertę i po przeklejeniu całej treści formularza (zwykłe Ctrl+C i Ctrl+V w odpowiedniej zakładce) wygeneruje w drugiej zakładce gotowy, idealnie sformatowany tekst wiadomości e-mail z dopasowanym produktem i wyceną.
Pracowałem nad tym plikiem po godzinach. Poświęcałem swój prywatny czas, kombinując z formułami, strukturami danych i makrami. Koledzy z zespołu patrzyli na mnie jak na wariata i pytali: „Po co to robisz? Przecież nikt Ci za to nie zapłaci!”. Zbudowałem jednak ten narzędziowy system i miałem na jego punkcie taką obsesję, że nadałem mu nawet własną nazwę – nazwałem ten plik Prospero, na cześć potężnego czarodzieja z „Burzy” Szekspira.
Dziś, gdy o tym myślę, widzę w tym sporą dozą młodzieńczego cringu. Ale ta personalizacja, tworzenie własnego „lore” wokół projektu i traktowanie kodu jak magii, która porządkuje chaotyczny świat, dawała mi niesamowity napęd. Prospero nie tylko dał mi ogromną autonomię w pracy i szybki awans zawodowy, ale przede wszystkim uświadomił mi jedno: tworzenie systemów raportowych to sztuka układania klocków, która potrafi dać czystą, niczym niezmąconą satysfakcję. Gdyby nie ten jeden plik napisany po godzinach, nigdy nie zostałbym Data Architektem. Nigdy nie wszedłbym na poziom zarobków rzędu dwudziestu pięciu tysięcy złotych. Moje wykształcenie polonistyczne po prostu nie dawało mi na to żadnych gwarancji.
(W tym miejscu warto zrobić małą pauzę. Jeśli czytając tę historię czujesz, że w Twojej obecnej pracy również brakuje Ci uporządkowanych systemów, a chciałbyś nauczyć się tworzyć narzędzia, które automatyzują chaotyczną pracę z danymi, sprawdź co przygotowałem na stronie KajoData. A jeśli szukasz pełnej, ustrukturyzowanej ścieżki od podstaw do pierwszej pracy w analizie, spójrz na KajoDataSpace. To kompleksowy program subskrypcyjny, w którym przeprowadzamy Cię przez SQL-a, Pythona, Power BI i całą logikę pracy analityka danych, dając Ci dostęp do społeczności i doświadczonych mentorów).
Zostań analitykiem danych – dołącz do KajoDataSpace!
Najlepsza ścieżka do zawodu analityka danych. Dostęp do pełnych wersji kursów online z Excela, SQLa, PowerBI, Tableau i Pythona z certyfikatami!
🟨 Ekskluzywana ale pomagająca sobie społeczność.
🟩 Ponad 75 godzin materiałów video.
🟨 Spotkania LIVE co miesiąc.
🟩 Mój osobisty mentoring.
Czym naprawdę jest analiza danych? Wierzchołek góry lodowej
Historia z Prospero prowadzi nas do bardzo ważnego wglądu w naturę samego zawodu analityka. W opinii publicznej krąży powszechne i niezwykle krzywdzące przekonanie, że praca analityka danych polega po prostu na robieniu tabelek i rysowaniu ładnych wykresów w Power BI czy Excelu.
To ogromne nieporozumienie. Wykresy, dashboardy i kolorowe raporty to zaledwie wierzchołek góry lodowej. To jest tylko ten fragment naszej pracy, który na samym końcu widzi menedżer albo klient. Cała prawdziwa magia i esencja tego zawodu dzieją się pod powierzchnią. Większość pracy analityka polega na projektowaniu, budowaniu, usprawnianiu i utrzymywaniu systemów przepływu informacji.
Całe IT w swojej istocie polega na tworzeniu systemów teleinformatycznych. Różne role w tej branży odpowiadają po prostu za różne odmiany tych samych systemów. Programiści budują systemy zorientowane na logikę aplikacji i automatyzację procesów biznesowych. Analitycy i architekci danych budują systemy zorientowane na raportowanie, czyszczenie, modelowanie i wyciąganie wniosków z danych.
Najlepsi analitycy na rynku to nie ci, którzy znają na pamięć pięćdziesiąt niszowych funkcji w Pythonie. Najlepsi analitycy to ci, którzy rozumieją, że ich praca jest częścią większego ekosystemu. Prawdziwa sztuka polega na tworzeniu takich struktur danych i raportów, które są stabilne, skalowalne i łatwe w zarządzaniu. Częścią tego systemu jest także komunikacja – rozmowa z biznesem, obsługa zgłoszeń (tikietów), rozumienie potrzeb użytkownika i łączenie ze sobą kropek z różnych działów firmy.
Dlatego właśnie spieranie się o to, czy dany język lub narzędzie – na przykład VBA czy Excel – ma jeszcze sens w erze zaawansowanej sztucznej inteligencji, mija się z celem. Narzędzia się zmieniają. Dziś używamy SQL-a, Pythona, Snowflake’a czy dbt, a jutro będziemy wydawać polecenia zaawansowanym agentom AI. Ale to, co pozostaje niezmienne, to Twoje systemowe myślenie. Liczy się to, czy masz w sobie inżynierskie, lekko „nerdowskie” zacięcie, które każe Ci drążyć problem tak długo, aż znajdziesz eleganckie, logiczne rozwiązanie.
Pieniądze, komfort czy zajawka? Co naprawdę pcha Cię do przodu
Kiedy rozmawiam z osobami, które chcą zmienić swoją ścieżkę zawodową i wejść do branży danych, bardzo często słyszę dwa typy motywacji. Pierwszy z nich opiera się na przekonaniu o własnych predyspozycjach: „Kajo, ja od dziecka lubiłem cyferki, mam bardzo analityczny umysł, więc to musi być praca dla mnie”. Drugi typ motywacji jest czysto pragmatyczny: „Chcę zarabiać dziesięć tysięcy złotych więcej, pracować z domu w kapciach i mieć święty spokój”.
Oba te powody są w porządku. Nie ma nic złego w chęci poprawy swojego statusu materialnego czy szukaniu wygody. Sam cenię sobie stabilność finansową i elastyczność, jaką daje praca w technologii. Jednak z mojego siedmioletniego doświadczenia wynika jedna brutalna prawda: sama chęć zarabiania większych pieniędzy nie zaprowadzi Cię zbyt daleko.
Każda praca, nawet ta najbardziej fascynująca, ma swoje gorsze strony. Będąc analitykiem, natrafisz na dni, kiedy przez osiem godzin będziesz szukać błędu w składni SQL-a, czyścić uszkodzone rekordy z bazy danych albo tłumaczyć po raz dziesiąty ten sam wskaźnik menedżerowi, który nie rozumie podstawowych pojęć. Nawet ja, nagrywając filmy na YouTube czy tworząc treści na bloga KajoData, uwielbiam sam moment dzielenia się wiedzą, ale wiem, że po nagraniu czeka mnie żmudny montaż, renderowanie, pisanie opisów i analiza wskaźników retencji filmu.
Jeśli Twoją jedyną motywacją są pieniądze, w momentach zniechęcenia bardzo szybko opadniesz z sił. To, co pozwala przetrwać trudniejsze chwile i co buduje prawdziwych ekspertów, to czysta pasja – ta słynna „zajawka”. To stan, w którym odczuwasz dziką satysfakcję z samego faktu rozwiązywania trudnej łamigłówki. To ta iskra, która każe Ci po godzinach bezczelnie nazwać swój plik w Excelu imieniem bohatera z Szekspira, bo czujesz, że stworzyłeś coś wyjątkowego.
To właśnie ta niepozorna zajawka, to nerdowskie zacięcie do budowania klocków, potrafi zaprowadzić człowieka z dyplomem polonistyki na stanowisko Data Architekta. Pieniądze i komfort pracy są jedynie skutkiem ubocznym tego, że stajesz się diabelsko dobry w tym, co robisz. A stajesz się w tym dobry tylko wtedy, gdy sprawia Ci to realną frajdę.
Zapisz się do
newslettera
🎁 i zgarnij darmowe bonusy:
Poradnik Początkującego Analityka
Video - jak szukać pracy w IT
Regularne dawki darmowej wiedzy, bez spamu
Podsumowanie
Spoglądając z perspektywy czasu na moją karierę – od pierwszego arkusza z wydatkami na papierosy na Erasmusie, przez szekspirowski plik Prospero w dziale obsługi klienta, aż po architekturę danych i budowanie aplikacji w KajoData – widzę jedną spójną linię. Analityka danych nigdy nie była dla mnie wyłącznie pracą z cyframi. Była i jest nauką rozumienia rzeczywistości i układania jej w uporządkowane, piękne systemy.
Jeśli masz w sobie chociaż odrobinę tej ciekawości, jeśli lubisz rozkminiać, jak połączone są ze sobą różne elementy i odczuwasz satysfakcję, gdy chaos zamienia się w przejrzysty schemat, to branża danych jest miejscem, w którym możesz rozwinąć skrzydła. Nie musisz mieć dyplomu z matematyki ani ukończonych studiów politechnicznych. Musisz po prostu zacząć budować swoje pierwsze klocki.
Dziękuję Ci za czas spędzony na przeczytaniu tej historii. Jeśli ten artykuł dał Ci do myślenia, zainspirował Cię lub uważasz, że może pomóc komuś z Twoich znajomych, kto zastanawia się nad zmianą branży i szuka swojej drogi w IT – podziel się nim w swoich mediach społecznościowych. Udostępnienie na LinkedInie, Facebooku czy Twitterze pomaga mi docierać z wartościową wiedzą do ludzi, którzy chcą budować mądrą, satysfakcjonującą karierę w świecie danych. Do zobaczenia w kolejnych wpisach!
Autorem artykułu jest Kajo Rudziński – analytical data architect, uznany ekspert w analizie danych, twórca KajoData oraz społeczności dla analityków KajoDataSpace.
To tyle w tym temacie. Analizujcie w pokoju!
Podobał Ci się ten artykuł 🙂?
Podziel się nim w Social Mediach 📱
>>> udostępnij go na LinkedIn i pokaż, że codziennie uczysz się czegoś nowego
>>> wrzuć go na Facebooka, to się może przydać któremuś z Twoich znajomych
>>> Przypnij sobie tą stronkę to zakładek, może się przydać w przyszłości
Wolisz oglądać 📺 niż czytać – nie ma problemu
>>> Obserwuj i oglądaj KajoData na YouTube
Wolisz czytać po angielsku? No problem!
Inne ciekawe artykuły:



